|

Stany Zjednoczone 2026 cz. II
Copyright (c) 2026 by Radosław Botev
<<<<<<----- Wróć do początku relacji z podróży dookoła świata
San Francisco
Do San Francisco przyleciałem z Honolulu późnym wieczorem. Nie znając specyfiki miasta, nie chciałem ryzykować podróży komunikacją miejską po nocy i wziąłem taksówkę do miasta za około 40 USD. Dla porządku odnotowuję jednak, że za dnia do przejazdów autobusami służył mi bilet dobowy zakupiony w aplikacji MuniMobile za 5,70 USD. W San Francisco jest jeszcze oddzielny system szybkiej kolei miejskiej BART (Bay Area Rapid Transit), gdzie możemy zapłacić kartą przy bramkach. Jednorazowy przejazd z lotniska w San Francisco do centrum tym środkiem lokomocji kosztuje około 11 USD. Płatności za oba te systemy są stopniowo przenoszone do systemu Clipper, przy czym nie oznacza to likwidacji możliwości płacenia kartą przy bramkach.
Zatrzymałem się w staroświeckim hoteliku Casa Loma, mieszczącym się w drewnianym, wiktoriańskim budynku w dzielnicy Western Addition. Dostałem tu pokój z łazienką za zaledwie 70 USD za dobę, co uznałem za bardzo dobrą cenę jak na duże miasto w Stanach Zjednoczonych.
The Painted Ladies
Drewniane budynki Western Addition i sąsiednich dzielnic to w dużej mierze efekt gwałtownego rozwoju miasta w XIX wieku, napędzanego kalifornijską gorączką złota. Łatwo dostępny budulec, jakim było drewno sekwoi, przyczynił się do powstania charakterystycznej zabudowy miasta – ciasno stłoczonych domków z bogato zdobionymi fasadami. A że akurat tę dzielnicę w znacznej mierze oszczędził pożar po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w 1906 roku, to do dziś zabudowa ta służy tutejszym mieszkańcom.
Najsłynniejszym zespołem drewnianych domków San Francisco z epoki wiktoriańskiej są widoczne na zdjęciu The Painted Ladies przy Alamo Square Park. Nazwa ta, oznaczająca z angielska „malowane damy“, została jednak spopularyzowana dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy to w mieście szerzył się Ruch Kolorystów (Colorist Movement), którego zwolennicy odmalowywali stare budynki w różnorakie barwy, podkreślając ich architektoniczne detale.
Drewniane domki San Francisco przyszło mi oglądać przy chłodnej, pochmurnej pogodzie. Przybywając do Kalifornii na początku sierpnia, spodziewałem się tu upałów. A tymczasem okazuje się, że z powodu swojego charakterystycznego położenia San Francisco potrafi zaskoczyć nieprzygotowanego podróżnego boleśnie chłodnym porankiem czy wieczorem.
Rozgrzane powietrze w interiorze Kalifornii unosi się bowiem do góry, zasysając zimne masy znad Pacyfiku. Wilgotny chłód wdziera się wtedy w głąb lądu naturalnym korytarzem, jakim jest cieśnina Golden Gate przy San Francisco. Zjawisko to, w połączeniu ze szczególnie silnym w tym miejscu wpływem zimnego Prądu Kalifornijskiego, sprawia, że temperatura bywa tu o kilkanaście stopni niższa niż choćby w Los Angeles. Tworzy się wtedy też tak zwana „letnia mgła“ (summer fog), która teraz trochę popsuła mi kadry The Painted Ladies. Pozostawało mieć nadzieję, że reszta dnia będzie bardziej słoneczna.
Golden Gate Bridge
Skoro już poruszyliśmy temat cieśniny Golden Gate, nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o najbardziej chyba znanej atrakcji San Francisco, jaką jest spinający brzegi cieśniny most Golden Gate Bridge. Autobus miejski podwozi podróżnych pod samo centrum informacji przy punkcie widokowym na Flag Pole Hill.
Golden Gate Bridge wygląda z tej perspektywy niemal surrealistycznie. Budowla wydawała się znacznie mniejsza, niż sobie wyobrażałem – zupełnie jakby kto wetknął miniaturową makietę z sylwetką mostu między dwa brzegi cieśniny. To częste wrażenie, gdy ogląda się na żywo obiekt znany wcześniej tylko z telewizji.
Zastanawiałem się, skąd właściwie pochodzi nazwa cieśniny Golden Gate, od której nazwano i sam most. Woda w dole była stalowoszara, brzegi brunatozielone, zaś sam most pomalowany jest na jaskrawy pomarańcz, tak aby widoczny był we mgle. Gdzie w tym wszystkim jest kolor złoty? Czyżby znów chodziło o słynną gorączkę złota? Okazuje się jednak, że to przez skojarzenie cieśniny z zatoką Złoty Róg w Stambule.
Ulice San Francisco
San Francisco kojarzy się z opadającymi stromo po wzgórzach ulicami, będącymi częstym motywem hollywoodzkich filmów. Widoczna na zdjęciu California Street opada malowniczo w kierunku wieżowców centralnej dzielnicy San Francisco. To jeden z chętniej fotografowanych przez turystów punktów miasta.
Skoro jesteśmy już przy temacie ulicy, z kronikarskiego obowiązku odnotowuję również, że w San Francisco czułem się zaskakująco bezpiecznie. Przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych, obawiałem się przestępczości czy narkomanii w tutejszych miastach, a tymczasem niczego takiego w samym San Francisco, ani też tym bardziej wcześniej w Honolulu, nie dostrzegłem. To zderzenie oczekiwań z rzeczywistością, w połączeniu ze słoneczną, choć bynajmniej nie gorącą pogodą, jaka nastała po rozpierzchnięciu się porannych chmur, czyniło spacer ulicami San Francisco jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń mojej podróży.
Wzdłuż niektórych ulic centrum miasta biegną szyny staroświeckich wagoników, zwanych tu cable cars. Pod jezdną poprowadzono stalową linę, poruszaną za pomocą silników elektrycznych. W samym drewnianym wagoniku nie ma silnika, ale kierowca może za pomocą specjalnej wajchy wpiąć się w ciągle poruszającą się linę i w ten sposób wprawić wagonik w ruch.
Wagoniki San Francisco to XIX-wieczny zabytek tutejszej techniki, zachowany na kilku ulicach nie tylko jako atrakcja turystyczna, ale też jako normalny środek komunikacji miejskiej. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie tego typu kolejka jest nadal w użyciu. W czasie mojej wizyty bilety można było kupić w aplikacji MuniMobile, jednak funkcja ta docelowo znajdzie się we wspomnianym wyżej systemie Clipper.
W galerii poniżej zamieszczam garść zdjęć wagoników i widoków na wieżowce ze stromych ulic San Francisco. Oba te elementy są obok Golden Gate Bridge niekwestionowanym symbolem miasta.
Galeria zdjęć – ulice San Francisco
(kliknij, żeby powiększyć)
|
|
|
|
|
Union Square
Do najbardziej znanych miejsc w centrum San Francisco zalicza się bez wątpienia tutejszy Union Square – plac, który przez dziesięciolecia pełnił rolę ważnego centrum handlowego i turystycznego. Wokół skupiały się eleganckie sklepy, domy towarowe i hotele. Ich działalność znacznie przetrzebił ostatnio okres pandemii, choć Union Square zachował swoją centralną pozycję na handlowej mapie miasta. Jest to też ważny węzeł komunikacyjny – dociera tu metro, BART, wagoniki cable car i wiele linii autobusowych.
Pierwotnie istniał tu obszar piaszczystych wydm, który w 1850 roku przekształcono w plac miejski. Swoją nazwę plac zawdzięcza wiecom popierającym unionistów – zwolenników jedności Stanów Zjednoczonych podczas amerykańskiej wojny secesyjnej. Także i współcześnie odbywają się tu niekiedy różnorodne zgromadzenia i manifestacje, a w czasie mojej wizyty plac służył też za scenę dla wystąpień tutejszych ulicznych kaznodziejów.
Chinatown
W San Francisco znajduje się najstarsze chinatown w Stanach Zjednoczonych. Dzielnica ta rozciąga się wzdłuż Stockton Street w bezpośrednim sąsiedztwie ścisłego centrum. Przyjeżdżając tu autobusem, nieświadomy niczego podróżny może się nie lada zdziwić, gdy nagle zorientuje się, że nie tylko w pojeździe, ale i wszędzie wokół na ulicy są sami Chińczycy, a na szyldach znajdują się chińskie znaczki. Czy to nadal San Francisco, jedno z największych miast Ameryki, czy może jakimś cudem teleportowaliśmy się do Pekinu?
Chińczycy osiedlali się w San Francisco od połowy XIX wieku, początkowo zwabieni kalifornijską gorączką złota. Z czasem wytworzyli tu jedną z większych chińskich enklaw poza obszarem Azji, zachowując swój język i kulturę. Natrafimy tu na liczne sklepy i restauracje, a język chiński, a ściślej kantoński, rozbrzmiewa tu znacznie częściej niż angielszczyzna.
Takie miejsca są zawsze też obietnicą relatywnie taniego, smacznego jedzenia. Polecam tu knajpkę o jakże adekwatnej dla mojej podróży nazwie Cafe New Honolulu, serwującą dania kuchni hongkońskiej.
Galeria zdjęć – Chinatown
(kliknij, żeby powiększyć)
|
|
|
|
|
Embarcadero i Ferry Building
Schodząc z Chinatown w kierunku wschodnim ku przystani promowej, docieramy w końcu do bulwaru Embarcadero, przy którym stoi dworzec promowy Ferry Building z charakterystyczną wieżą zegarową – kolejny słynny punkt orientacyjny na mapie San Francisco.
Budowla ta powstała pod koniec XIX wieku. Do czasu otwarcia mostów Golden Gate Bridge i pobliskiego Bay Bridge w latach trzydziestych XX wieku pełniła funkcję najważniejszego węzła komunikacyjnego miasta, przez który przewijały się dziesiątki tysięcy pasażerów dziennie. Aktualnie jest to wciąż działający dworzec promowy, a nadto hala targowa.
Samo Embarcadero to natomiast nadbrzeżna promenada, obsadzona daktylowymi palmami, tak charakterystycznymi dla kalifornijskich miast. Prezentowały się one bardzo malowniczo na tle nowoczesnych wieżowców śródmieścia. Z przystani za gmachem Ferry Building podziwiać można wspomniany Bay Bridge, prowadzący na przeciwległy brzeg San Francisco Bay, gdzie znajduje się już miasto Oakland.
Galeria zdjęć – Embarcadero i Bay Bridge
(kliknij, żeby powiększyć)
|
|
|
Wylot z USA
Na tym zakończył się mój krótki pobyt w Stanach Zjednoczonych. Na lotnisku w San Francisco bez problemu odprawiłem się na lot Air France do szwajcarskiej Genewy. Przy wyjeździe z USA nie ma klasycznej kontroli paszportowej, jednak nasz wyjazd odnotowywany jest w systemie przez linię lotniczą. Dodatkowo obsługa naziemna „odhacza“ wyjazd przy wejściu do strefy tranzytowej. Można później sprawdzić w rejestrze I-94, czy rzeczywiście oficjalnie opuściliśmy USA i nie będzie później problemów przy próbie ponownego wjazdu.
Pech chciał, że Air France już przy próbie kołowania, gdy siedzieliśmy wygodnie w samolocie, zgłosił usterkę techniczną. Po dwóch godzinach oczekiwania na wylot w końcu wyproszono nas z powrotem na terminal. Lot został odwołany. Na szczęście tego samego dnia odlatywał do Warszawy samolot PLL LOT. Kupiłem więc szybko bilet (Air France dał później unijną rekompensatę za odwołany lot). Znowu odprawa, znowu wejście do strefy tranzytowej. Zdziwiona obsługa oznaczyła w systemie zmianę linii lotniczej, po czym bez dalszych przygód odleciałem do Warszawy, zamykając pętlę wokół globu.
Koniec relacji z podróży dookoła świata
|