|
Autobusem i marszrutką przez AzerbejdżanNa ostatnie dwa dni pobytu w Azerbejdżanie zaplanowaliśmy wyjazd na prowincję. Informacje dotyczące miejsca odjazdu autobusów, zaczerpnięte z przewodnika Lonely Planet z 2008 roku, okazały się już nieaktualne: w Baku działa już nowoczesny międzynarodowy dworzec autobusowy, z którego odjeżdża też większość krajowych autobusów dalekobieżnych. Minęło jednak trochę czasu, zanim zorientowaliśmy się, jak tam dotrzeć spod stacji metra 20 Yanvar, skutkiem czego spóźliśmy na bezpośredni autobus z Baku do Lahıc. Musieliśmy więc jechać z przesiadką w İsmayıllı.
Po ponad dwóch godzinach jazdy marszrutka zatrzymała się przy opustoszałym rondzie na skraju miasteczka İsmayıllı. W pobliżu stał już drugi autobusik do Lahıc, okazało się jednak, że odjedzie dopiero o drugiej popołudniu. Mieliśmy więc jeszcze prawie trzy godziny do odjazdu. Po lekturze przewodnika postanowiliśmy udać się do restauracji przy motelu Talıstan. Spytani o drogę miejscowi Azerowie zgodnie wskazywali nam kierunek marszu gdzieś na wschód od miasteczka. I tak szliśmy w słońcu z ciężkimi plecakami coraz bardziej oddalając się od zwartej zabudowy İsmayıllı. W końcu zmęczeni przysiedliśmy na poboczu w pobliżu strzeżonych rogatek miasteczka przy drodze wylotowej do Baku. Pilnującemu wjazdu do İsmayıllı milicjantowi najwyraźniej nie spodobał się nasz pomysł odpoczynku przy samych rogatkach: spostrzegłszy nas, milicjant wyszedł z budki i kazał nam odejść. Dowiedzieliśmy się jednak od niego, że kierowano nas nie do motelu Talıstan, ale do pobliskiej wioski o tej samej nazwie, a motel znajduje się zupełnie gdzie indziej.
Menu nie było bogate - właściwie mieliśmy do wyboru tylko mielone kotlety i rosół na baraninie. Zamówiliśmy jedno i drugie, nic z tych rzeczy nie przypadło nam jednak do gustu: kotlety były niesmaczne, a po zupie się później pochorowałem. Właściciel proponował nam jeszcze wódkę. - W Azerbejdżanie kobieta nie może zabronić mężczyźnie, żeby się napił - zwrócił się do mojej żony, widząc jej zdecydowaną reakcję na na tę propozycję. - A w Polsce może - brzmiała riposta i na tym zakończyła się rozmowa o ewentualnym zakupie miejscowego trunku.
Po drodze zabraliśmy jeszcze kilku miejscowych, zmierzających - tak jak i my - do Lahıc lub jednej z pomniejszych osad w pobliżu. Osady te składały się przeważnie z ledwie kilku domostw, wzniesionych z kamienia tam, gdzie tylko żłobiąca ten teren rzeka pozostawiła trochę miejsca między stromymi ścianami doliny. Po kilkudziesięciu minutach niewygodnej jazdy po wyboistej i niebezpiecznej drodze marszrutka zatrzymała się wreszcie na zadbanym, wyłożonym kamieniami placu w środku sporawego miasteczka - znak, że byliśmy u celu. Lahıc - wioska w górach Południowego Kaukazu
Faktycznie zamierzaliśmy zatrzymać się przez dwa dni w Lahıc. Zawarcie transakcji z przedstawicielem miejscowego biura oznaczało jednak zwykle konieczność zapłaty prowizji, dlatego przezornie spytaliśmy o cenę. - Dwadzieścia manatów za noc - brzmiała odpowiedź. Biorąc pod uwagę ogólnie wysokie ceny w Azerbejdżanie, nie była to bynajmniej cena wygórowana, toteż przystaliśmy na nią po namyśle - nie znając miasta ani języka trudno by było samodzielnie znaleźć tu nocleg w jakimś prywatnym pensjonacie. Poprowadzono nas wśród kamiennych domostw do gospodarstwa, w którym Improtex Travel znalazł nam nocleg. Za lekko przyrdzewiałą, żelazną bramą znajdowało się przytulne podwórko z trawnikiem i małym ogródkiem. Pokój był zadbany i czysty, podłoga wyłożona dywanem wykonanym własnoręcznie przez gospodynię, która od kilkudziesięciu lat trudniła się właśnie wyrobem dywanów. Toaleta niestety wykonana była w "stylu orientalnym" - to znaczy zamiast muszli była tam tylko dziura w podłodze. Gospodyni z dumą pokazała nam, że można spuścić wodę - wodociąg doprowadzono do tutejszych gospodarstw ledwie dwa, trzy lata wcześniej. Do dyspozycji oddano nam początkowo jeszcze tylko umywalkę na podwórzu - dopiero gdy zapytaliśmy w biurze Improtex Travel, okazało się, że w domu gospodarzy jest jeszcze ciasna, zapyziała niby-łazienka ze starą wanną. Wodę trzeba było nagrzać w wielkim blaszanym zbiorniku. Mimo uzgodnień z Improtex Travel zaskoczeniem była dla nas także cena - okazało się, że owe 20 manatów to cena za jedną osobę! Tak więc ostatecznie - mimo że mieszkaliśmy w jednym pokoju - musieliśmy w sumie zapłacić 80 manatów za dwa noclegi. Popytaliśmy później w miasteczku - ceny wszędzie kształtowały się podobnie, najwyraźniej wśród miejscowych górali panuje zmowa cenowa.
Dzisiaj warsztaty miedzi skupiły się przy głównej ulicy Hüseynov küç - w ciągu dnia wąska kamienna uliczka rozbrzmiewa odgłosami kucia. Chociaż część warsztatów wciąż zachowuje swój dawny charakter, większość powoli zmienia się w butiki dla turystów, w których kupić można mniej lub bardziej kiczowate ozdoby. Ogólnie główna część miasteczka - chociaż przyjemna i zadbana - sprawia niestety wrażenie turystycznej „cepelii”: przy głównej ulicy, którą przezwałem „azerbejdżańskimi Krupówkami” ciągną się stragany, przy których miejscowi górale sprzedają zimowe futra i inne wyroby miejscowego folkloru. Wystarczy jednak odejść nieco dalej labiryntem ciasnych, kamiennych uliczek, by zasmakować prawdziwego życia azerbejdżańskiej prowincji: wieczorem pasterze przeganiają tędy stada owiec z wysokogórskich pastwisk, młodzi chłopcy popędzają osły objuczone sianem, a przy wzniesionych przed wiekami domostwach wałęsają się kury, mozolnie wygrzebując z ziemi co smakowitsze ziarna. Wieczorami ponad powoli zapadającym w senny letarg miasteczkiem od wieków rozlegają się melodyjne śpiewy muezzinów...
Ponad korytem przerzucono betonowy most, za którym nie ma już praktycznie nic - tylko śródgórskie hale. Most ten - zwany przez turystów „Mostem Donikąd” - doprowadził nas jednak do miejsca, z którego roztacza się szeroka panorama Lahıc, widoczna na zdjęciu obok. Rozglądając się stąd po majestatycznych szczytach wschodnich krańców Wielkiego Kaukazu zrozumiałem, dlaczego w tej izolowanej osadzie mogła przez wieki zachować się unikatowa kultura i język mieszkańców. Wszak nie tylko wodociąg jest tu nową zdobyczą cywilizacji - nawet szutrową drogę, którą tu przybyliśmy z İsmayıllı, wytyczono dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku! Wcześniej do tej odciętej od świata, śródgórskiej wioski można się było dostać wyłącznie dzięki żmudnej przeprawie przez góry Kaukazu. Nic więc dziwnego, że tutejsza ludność zdołała przez wieki opierać się wpływom pozostałej części regionu.
Powrót do domuW dniu wyjazdu okazało się, że niestety nie ma już miejsc w bezpośredniej marszrutce do Baku i znowu zmuszeni byliśmy jechać z przesiadką w niedalekim İsmayıllı. Tym razem jednak ku naszemu zdziwieniu kierowca nie zatrzymał się przy rondzie na wschodnim krańcu miasteczka i wywiózł nas kilka przecznic dalej - na zatłoczony główny postój marszrutek, na którym panował nieopisany chaos i trudno było się zorientować, który autobus miałby nas niby zawieźć do stolicy. W końcu zdecydowaliśmy się wrócić pieszo do ronda. Tutaj - chociaż miejscowi twierdzili, że przejeżdżające tędy marszrutki zwykle są pełne i nie zabierają pasażerów - udało nam się po kilku próbach zatrzymać mikrobusik do Baku. W stolicy zatrzymaliśmy się tym razem w Hotelu Altstadt na starym mieście - był to jedyny nocleg, jaki załatwiliśmy sobie przed wyjazdem za pośrednictwem agencji turystycznej Baku Travel Services, która wystawiła nam także poparcie wizowe. Zlokalizowany na starym mieście hotel miał zadbane, klimatyzowane pokoje z łazienką, co było dla nas niemal luksusem po tygodniu pobytu w Azerbejdżanie. Za takie przyjemności niemało musieliśmy jednak zapłacić - nocleg kosztował nas całe 70 dolarów amerykańskich, a było to - poza schroniskiem Caspian Hostel - bodaj najtańsze miejsce noclegowe w Baku. Pozostawała jeszcze kwestia dojazdu na lotnisku następnego ranka. Próbowaliśmy zamówić taksówkę w recepcji, jednak nie udało nam się uzyskać ceny niższej niż 25 manatów. Dlatego następnego ranka jeszcze przed świtem wyszliśmy na ulicę z mocnym postanowieniem zatrzymania taksówki i dojazdu na lotnisko za najwyżej 20 manatów. W pierwszej chwili taksiarz chciał od nas trzydzieści, jednak już po chwili zgodził się na naszą cenę i tak oto szczęśliwie dojechaliśmy na międzynarodowy port lotniczy w Baku. Samolot linii Air Baltic odleciał do Rygi kilkanaście minut po siódmej rano, pozwalając nam po raz ostatni spojrzeć z powietrza na azerbejdżańską stolicę, tonącą już w porannych promieniach słońca. Koniec
|